Po chrzcinowe wspomnienia.

Po chrzcinowe wspomnienia.

Oj na długo zapadnie mi w pamięć niedzielna rodzinna stypa . Właściwie stypa to chyba mało adekwatne określenie do tego w czym miałam nieprzyjemność uczestniczyć.

 Rodzinie w zasadzie nie powinno się obrabiać tyłka nawet anonimowo na forum , ale powiem Wam że ludzie których w jakiś tam sposób uważałam za rodzinę okazali się gorsi niż obcy ludzie na ulicy.

Czy zdarzyło się Wam że na jakimś „rodzinnym zebraniu” czuliście się jak piąte koło u wozu . No mnie się za przeproszeniem na starość to przytrafiło. Nigdy w całym swoim życiu nie czułam się tak obco w wśród rzekomej rodziny jak właśnie w minioną niedzielę . Chyba będę musiała poważnie  zweryfikować swój stosunek do rodziny męża i ograniczyć z nimi kontakty ”towarzyskie” do całkowicie niezbędnego minimum . Chociaż prawdę mówiąc czym dłużej o tym myślę i wspominam minione chwile to dochodzę do wniosku że w tak sztucznej uroczystości to chyba w życiu nie brałam udziału . Całe chrzciny przebiegały w jakiejś dziwnej atmosferze. Wszystko właściwie zaczęło się już pod kościołem .

Chrzest był zaplanowany na 11.00 a o godzinie 10.55 uwierzycie że jeszcze nikogo nie było ???

W pewnej chwili zdrefiliśmy czy nie pomyliliśmy daty chrzcin czy kościoła .  Okazało się jednak że jesteśmy w dobrym miejscu i czasie . Rodzina z małą przyjechała zaledwie na 2 minuty przed czasem .

Ciekawostka.

Do kościoła nie przyjechali ani ojciec ( dziadek ) ani brat matki chrzczonego dziecka . Uważali chyba , że to zbędne albo nie chciało im się elegancko ubierać bo całe przyjęcie odbimbali w koszulkach polo i nieco sfatygowanych jeansach . Dobrze że męża  nie wbiłam w garnitur tylko ubrany był lekko w sportowym  stylu – sportowa biała koszula ( bez krawata oczywiście ) , jasno szara sportowa marynarka i granatowe spodnie. Gdyby wyskoczył w garniturze byłby jedynym tak ubranym na 9 facetów .

Ale wracając do faktów …

Msza całogodzinna też była do chrzanu bo ksiądz tylko w kółko powtarzał , że Jezus powinien być jedyną najważniejszą osobą w naszym życiu ,  a jeżeli przypadkiem przed Jezusem ważniejsza jest dla nas nasza własna rodzina czyli matka , ojciec lub dzieci to nie jesteśmy warci tego aby nazywać się dobrymi katolikami. Tak sobie myślę , że to chyba jakaś nowa forma wiary ( w ramach dobrej zmiany )  bo nawet 4 przykazanie głosi  : „Czcij ojca swego i matkę swoją” a w świetle słów księdza przykazanie powinno brzmieć „ Czcij TYLKO Jezusa swego jedynego ” .

Kiedy ksiądz skończył udowadniać wiernym jakimi są kiepskimi katolikami ( bo śmią kochać swoich bliskich ) , jawnie zaczął się dopominać o kasę na zapłacenie faktury za sprzęt nagłaśniający w kościele. Nie wiem co to było za nagłośnienie , ale kosztowało 33 700 zł i biedaczek grzmiał z ambony , że dopiero zostało uregulowane 20 000 zł a resztę musi spłacić do końca roku .

Może to było tylko moje odczucie , ale odniosłam wrażenie że część ludzi która miała naszykowaną kasę aby dać na tacę , zredukowała do niezbędnego minimum dzierżone w dłoni monety i do koszyczka wrzuciła tylko symbolicznego pieniążka . Z powodu rzadkich wizyt w tej instytucji nie mam rozeznania czy teraz właśnie w ten sposób motywuje się wiernych żeby sypnęli groszem , ale ten ksiądz z tego co doszły mnie słuchy nie cieszy się zbytnią przychylnością wiernych to może mieć problemy z zebraniem „tackowych funduszy”  aby popłacić kościelne zobowiązania.

Kiedy już skończyła się msza którą trójka nowoprzyjętych dzieci bożych zniosła stosunkowo gładko , udaliśmy się do domu rodziców malucha. W zasadzie udaliśmy to słowo na wyrost bo nikt nas nie poinformował czy my w ogóle jesteśmy zaproszeni na taką wizytę czy nie . Gdyby nie teściowa która była z nami , ja na 100% po kościele wróciłabym do domu , a zakupiony prezent przekazałabym w późniejszym terminie albo nawet wcale. Jednak ona zdecydowała że jedziemy , to pojechaliśmy . Po przyjeździe na miejsce w zasadzie nikt nie wyszedł nas przywitać . Staliśmy jak kołki przed bramą i zastanawialiśmy się co począć z tym fantem . Po chwili dojechali inni goście i rodzice chrzestni z małą więc przykleiliśmy się do gromadki ludzi i weszliśmy do domu . W domu chaos jak w ulu ( choć w ulu ten pozorny chaos to szczyt perfekcyjnego funkcjonowania  ) . Wreszcie gospodarze wyszli przywitać gości a rodzice odebrali prezenty i ZAPROSILI wszystkich do salonu . Piorunujące wrażenie na mnie i pewno na innych uczestnikach imprezy zrobił stół który był tak obładowany wszelkimi potrawami jakby to było wesele na 50 osób a nie chrzciny na zaledwie 20 szt .

Już na wstępie wybrałam sobie dogodne miejsce do zacumowania i pociągnęłam za sobą koleżankę fotografkę gdyż ją jedyną uważałam za osobę z którą jakoś da się przetrwać tą uroczystość. Nie pomyliłam się . Podczas gdy inni z pochmurnymi minami pałaszowali co rusz podsuwane nowe potrawy , my beztrosko gawędziłyśmy sobie o tym i o owym . Wkrótce do damskich pogaduch dołączyły siostra mojej szwagierki i jej córka , notabene matka chrzestna , oraz mój szwagier .

W pewnym momencie , nie wiem po kiego grzyba , teściowa  wpadła na genialny pomysł abym poszła zwiedzić nowy dom jej drugiego syneczka . Nie lubię robić takich rzeczy  , ale na jej namolne nalegania udałam się w końcu na wycieczkę po nowym domostwie mojego szwagrostwa ( po tym co była impreza ) oraz zawitałam do prowizorycznego ogrodu . Potem z młodzieżą odwiedziłam ich lokale na piętrze , trochę pogadaliśmy o wszystkim i o niczym i po zabójczych jak dla mnie schodach grzecznie wróciłam do salonu gdzie właśnie podawano lody i ciasta. Aby nie zanudzać Was dłużej ponurą atmosferą panującą na przyjęciu , dodam że po wrzuceniu na ruszt sporej dawki słodyczy nastąpiło uroczyste rozpakowanie prezentów . Nie chcę się tu za bardzo chwalić ( chociaż czemu nie 😉 ) prezent od naszej rodziny zrobił furorę. Bardzo się wszystkim podobał i każdy pytał gdzie takie cudo kupiłam . Po części prezentowej nastąpiła cześć artystyczna tzn. obudziła się mała gwiazda i zaczęła się sesja fotograficzna . Kiedy już każdy napstrykał sobie tyle zdjęć ile dało dziecko wytrzymać  , ja , mój Ślubny i teściowa grzecznie się pożegnaliśmy i z ulgą wróciliśmy do domu .W drodze powrotnej teściowa tłumaczyła drętwą i mało przyjazną atmosferę tym że : cały prym na przyjęciu wiodła matka chłopaka  (ojca dziecka – poniekąd całkiem fajna babka )  a nie gospodarze domu którym się to za bardzo nie podobało ale było finansowane przez rodzinę ojca dziecka więc zagryźli ząbki  oraz że szwagrostwo nadal się  nie pogodziło z myślą  że taki im się trafił zięć ( ślubu nie mają , ale chłopak już zapuścił niezłe korzenie w nowym domu ) . W tej drugiej kwestii wcale się im nie dziwię , bo mieć taki okaz za zięcia to naprawdę powodu do dumy mieć nie można . Ale niech nie oczekują cudów i księcia z bajki skoro córka inteligencją i wyglądem idealnie pasuje do swojego „wybranka” ( ciąża to wpadka ) . Chociaż jak stwierdziła moja córka kiedy opowiadałam jej wrażenia z imprezy ( gdyż ona na chrzcinach zgodnie z wolą gospodarzy się nie pojawiła – brak zaproszenia ) , ten związek nie ma szans na przetrwanie gdyż albo on od niej odejdzie i znajdzie sobie inną o ciut wyższym poziomie intelektualnym albo jeżeli będzie nadal takim bumelantem , leserem i imprezowiczem to szwagrostwo go przegoni na trzy światy .

Sprawa jak widać jest rozwojowa. A jak się rozwinie czas pokaże . Córka wróży młodym szybko drugiego potomka aby jak najszybciej się załapać na 500 +.

Jednak w przypadku drugich chrzcin chyba zarezerwuję sobie wyjazd na Hawaje , bo kolejnej takiej stypy mogłabym już  nie przetrwać .

Pozdrawiam Ruda

Reklamy

18 komentarzy do “Po chrzcinowe wspomnienia.

  1. Może nie wypadało, ale czytałem z lekkim rozbawieniem. Mam sporo lat i za sobą wiele podobnych uroczystości, więc nic mnie szczególnie nie dziwi. Z rodziną zawsze najlepiej na obrazku…
    Lekko się popłakałem przy fragmencie: „Dobrze że męża nie wbiłam w garnitur (…)”, ale nie sprecyzuję dlaczego 😉
    Natomiast odniosę się do słów księdza. Wiem, że to brzmi paradoksalnie, ale z punktu widzenia wiary on ma w dużym stopniu rację. Po pierwsze, w czwartym (w katolickiej wersji Dekalogu) przykazaniu jest mowa o czci, co nie jest równoznaczne z miłością. Po drugie, i tu muszę posłużyć się cytatem: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” [Łk 14, 26]. W dodatku KKK wyjaśnia, że miłość do Boga ma być przed miłością do ludzi (współmałżonka, rodziców i dzieci). Niemniej uspokoję, to nie moja postawa 🙂
    Pozdrawiam.

    Polubienie

    • Asmodeuszu cieszę się że rozbawił Cię mój tekst. W końcu śmiech to zdrowie ;-). Chusteczka nie służę bo już pewno otarłes zalzawione oczka :-D. Może jednak zdradzisz sekret o co chodzi z tym garniturem. Plizzzzz 😀
      I nie ukrywam że cieszę się że masz zdrowe podejście do religii.
      Pozdrawiam

      Polubienie

    • Samo wciskanie kogoś w garnitur samo w sobie jest oczywiście zabawne, miewam takie problemy gdy wciągam spodnie, bo garnitur jest sprzed kilku lat, kiedy byłem jednak odrobinę szczuplejszy 😉 Ciekawe jak to wygląda w Twoim wykonaniu? Guziki też dopinasz? 😀

      Mnie rozbawiło również to, że na Tobie spoczywa obowiązek dobierania mężowskiego garnituru do określonych uroczystości lub okazji, bo rozumiem, że na zdaniu i kompetencjach męża nie możesz polegać, w niczym mu nie uwłaczając. 😀 Ale spokojnie, ja miałem (i mam do tej pory) zawsze problem z dobraniem odpowiedniego krawata.

      Polubienie

      • Asmodeuszu , wciskanie to była ta przenośnia literacka. Mój mąż po prostu nie cierpi chodzić w garniturach i sztuka aby takowy założył udaje mi się tylko 2 lub 3 razy do roku i już odpowiednio wcześnie przygotowuję ślubnego do tej operacji. On za każdym razem staje okoniem że nie założy znienawidzonego ubranka a ja swoimi babskimi argumentami i urokiem osobistym 😀 przekonuje go że jednak założy spodenki , marynarkę i jako wisienke na torcie krawat :-D.
        Zawsze wtedy ma mord w oczach ale na koncu i tak ulega.
        Nic nie poradzę że mam fioła na punkcie facetów w garniakach i mundurach.
        Czemu ja głupia nie wyszłam za pilota. Mogłabym takiego przystojniaka na co dzień w domu 😀

        Polubienie

      • Może on właśnie z powodu tego uroku osobistego staje okoniem? 😉
        Żałuj, że mnie nie znałaś. Mam mundur górniczy, a wdziewanie w garnitur nigdy nie stanowiło dla mnie problem. 😀

        Polubione przez 1 osoba

      • Hmmmm myślisz że ze mnie taka jędza ? 😉
        No aniołkiem nie jestem ale do jędzy tez mi daleko 😀 .
        Asmodeusz nawet nie pisz żeś Ty mundurowy ( górnik znaczy się ) bo poproszę o fotkę w pełnym umundurowaniu i będę wzdychać do niej po nocach 😉 .
        Mówi się że miłość jest ślepa . I tak było w moim przypadku . Tylu chłopa chodzi w garniakach a ja wybrałam sobie takiego co tego nie cierpi 😀 Porażka po prostu 😀

        Polubienie

  2. no to po kolei: oczywiście znam to uczucie wyobcowania na uroczystościach rodzinnych. Znalazłaś dobre rozwiązanie szukając sojusznika i sadowiąc się gdzieś w kącie 😉
    co do kazań – nie wiem czy nie znasz tej zasady jak rodzina poskąpi księdzu za uroczystość to kazanie jest stosowne do otrzymanej kwoty. Im niższa kwota tym bardziej kiepskie kazanie 😉
    Ale co to znaczy redukowali pieniążki na tacę, to nawet na chrzcinach poskąpili banknotów i nie było cichej tacy?
    Zgadzam się z Asmodeuszem, wielbienie innych ludzi, nawet z bliskiej rodziny bardziej niż Boga to bałwochwalstwo – grzech przeciw pierwszemu przykazaniu. A przecież gdzie Bóg jest na pierwszym miejscu tam wszystko jest na swoim miejscu…Ale słowa z Biblii wcale nie są łatwe i przyjemne…Ile razy ktoś np chce iść do zakonu a rodzina niby religijna urządza karczemne awantury i oświadcza że się na to nie zgadza? Ma być zięć i wnuki, „bo tak”.
    A co do czci – no właśnie to nie jest służalcze zgadzanie się na wszystko tylko szacunek.

    Polubione przez 1 osoba

  3. co do niechęci do zięcia – niektórzy chcieliby mieć, mam wrażenie, takiego papierowego zięcia. Żeby był na zdjęciu najlepiej, ale się nie odzywał, w nic się nie wtrącał, zdania swojego nie miał, na wszystko się zgadzał, przed teściami się kłaniał, miał same obowiązki i żadnych praw się nie domagał. Coś w ten deseń. A zięć przecież na pewno wyczuwa to niechętne nastawienie…
    Znałam taką rodzinę, gdzie rodzice byli bardzo niechętni zięciowi, aż w końcu odbieżał od córki. Nie wiem czy byli wtedy bardziej zadowoleni, A może byli, kto ich tam wie…

    Polubione przez 1 osoba

    • Kiki tu chodzi o coś innego . Chłopak to faktycznie mało ciekawy typek jak na zięcia. Każdy rodzic pragnie aby jego dziecko dobrze trafiło , miało szczęśliwą kochająca rodzinę a tu chyba się na to nie zanosi . Szwagier u którego chłopak pracuje w warsztacie twierdzi że on ma lewe ręce do wszystkiego czego się tknie, a poza tym lubi sobie popić i podobno nie unika też lekkich narkotyków czy jakiś dopalaczy . Sama więc widzisz że to nie najlepszy materiał na męża i ojca .

      Polubienie

  4. Pingback: Przyszła koza do woza. – W świecie Rudej Blondynki

  5. Pingback: Rozliczenie z rokiem. – W świecie Rudej Blondynki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s